Dzisiaj rozpoczęły się targi E3 2013, największa impreza poświęcona grom. Za nami już pierwsza konferencja, która należała do Microsoftu. O godzinie 22:00 naszego czasu startuje Electronic Arts, o 00:00 Ubisoft, a o 03:00 Sony. Mam zamiar aktywnie relacjonować je na bieżąco na moim twitterze (@p_bojarski). W związku z tym w tym wpisie znajdziecie jedynie widget zawierający moje ćwierkanie o E3. Konkretnych notek poświęconych podsumowaniu konferencji, lub poszczególnych gier możecie spodziewać się w najbliższym czasie.
Krótko o konferencji Microfostu: Zgodnie z obietnicami było sporo gier, kilka słów o usługach TV, streamingu naszej rozgrywki i nowościach w SmartGlass. Konsola debiutuje w listopadzie w cenie 499$/499€ (tak, kocham ten przelicznik 1:1). Kilka nowości doczekał się Xbox Live Gold dający co miesiąc dwie darmowe gry (coś na wzór PSPlus). Pożegnamy się również z MSPoints, które zostaną zastąpione prawdziwą walutą. A, i jeszcze jedno - Xbox 360 doczeka się kolejnej wersji, stylistycznie podobnej do nowego XboxONE. Czego się spodziewam po EA: Przede wszystkim nacisk położą na nowych odsłonach swoich gier sportowych. Głośno będzie o nowym Battlefield 4. Spodziewać się możemy kilku słów o Dragon Age III: Inquisition. Jeśli nie powiedzą ani słowa na temat nowych projektów osadzonych w uniwersum Star Wars, to chyba rzucę na nich klątwę. Czego się spodziewam po Ubisoft: To przede wszystkim Watch_Dogs, Assassin's Creed IV: Black Flag i nowy Splinter Cell. Chciałbym by zaskoczyli mnie kolejnym nowym IP albo reinkarnacją jakiegoś świetnego klasyka. Czego się spodziewam po Sony: Oczywiście pokazania nowej konsoli. W sensie pudła. Niby jest to mało istotne, jednak fajnie byłoby wiedzieć jak ma wyglądać konkurent XboxONE. Pewnie dowiemy się więcej o nowych funkcjach i usługach społecznościowo-sieciowych. Nie zabraknie nowych gier. Liczę na studia wewnętrzne i nowe projekty Sony Santa Monica, Guerilla Games i Naughty Dog. Spodziewać się możemy również kilku słów o Beyond od Quantic Dream. Zapraszam!
E3 2013 (tak, jest to efekt mojego lenistwa i nieznalezienia ciekawszej alternatywy)
Na
odpowiedź Microsoftu w temacie next-genów przyszło nam trochę poczekać, gdyż
dopiero dzisiaj Gigant z Redmond zaprezentował następcę Xbox’a. Konferencję
można było śledzić na żywo z poziomu konsoli Xbox 360 lub na oficjalnej stronie
xbox.com.
Sam pokaz był dość skromny i krótki w porównaniu do tego, co zaserwowali nam
Japończycy. Przez pierwsze pół godziny przedstawiono nam samą konsolę i kryjące
się w niej nowości, a przed drugie pół godziny przedstawiono nam dosłownie
kilka gier zmierzających na nową konsolę. Ok, nie przedłużajmy niepotrzebnie
wstępu i przyjrzyjmy się najmłodszej konsoli Microsoftu.
SPECYFIKACJA I NOWE
FUNKCJE
Xbox
One ma stać się centrum domowej rozrywki, kompletnym systemem All i One, mam tu
na myśli praktycznie wszystko począwszy od oglądania programów telewizyjnych,
odtwarzacza filmów i muzyki, klienta VOD, przeglądarkę internetową, komunikator
Skype, a na „konsoli do grania” kończąc. Wszystkim zarządzają trzy systemy:
jeden bazujący na tym znanym z obecnego Xboxa, odpowiedzialny za gry, drugi
czerpiący z Windowsa 8 odpowiada za pozostałe funkcje konsoli, a trzeci spina w
całość dwa wcześniejsze. Sam interfejs mocno przypomina ten znany z X360. Z
ciekawych ficzerów znajdziemy tu między innymi aktywne dzielenie ekranu nazwane
tu Snapmode: przykładowo oglądamy film, i nagle chcemy sprawdzić coś w internecie
albo sprawdzić info o filmie, możemy wywołać to wszystko w okienku pojawiającym
się z prawej strony ekranu. Nie zabraknie zintegrowanego Skype’a, w końcu
Microsoft po coś go kupił… Xbox One Guide będzie naszym rozbudowanym
przewodnikiem po programach telewizyjnych, który będzie dobierał treści do
naszego gustu, lub pokazywał najnowsze trendy.
Istotną
rzeczą jest multitasking, który wygląda na dopracowany, pozwala nam płynnie i
szybko przechodzić między aplikacjami i wracać do nich w dowolnej chwili,
mówiąc krótko: robi wrażenie. To chyba odpowiedni moment by powiedzieć Wam o
tym, że konsolą sterujemy głosem i gestami (prawie jak w „Raporcie Mniejszości”) dzięki nowemu Kinectowi. Komendą głosową
uruchamiamy konsolę, a kamera automatycznie rozpoznaje naszą twarz i loguje
system na odpowiednie konto. Wygląda to wręcz rewelacyjnie i futurystycznie,
dlatego polecam Wam obejrzenie choćby urywków z konferencji by zobaczyć o co mi
chodzi (chociażby tu). Haczyk jest taki, że o ile w centrum domowej rozrywki (muzyka, filmy,
tv) sprawdzi się to wyśmienicie, o tyle mam problemy z umieszczeniem tego w
blockbusterowych grach AAA.
By
to wszystko mogło sprawnie pracować, to w środku konsoli znajdziemy 8-rdzeniowy
procesor w architekturze x86, 8GB RAM, 500GB dysk twardy oraz napęd Blu-Ray. Za
komunikację ze światem odpowiada moduł wifi w standardzie 802.11n z funkcją
Wi-Fi Direct oraz komplet gniazd: HDMI IN/Out, przynajmniej 2 porty USB 3.0,
Ethernet i wejście optyczne. Co zaskakujące nie powiedziano ani słowa na temat
układu graficznego, jednak o jego jakość możemy być spokojni i sądzę, że będzie
porównywalny z tym zamontowanym w PS4. Nowy Xbox One swoim wyglądem przywodzi
mi bardziej na myśl przerośnięty odtwarzacz DVD na sterydach niż konsolę. No
ale w końcu ma to być teraz centrum domowej rozrywki.
Wraz
z konsolą zaprezentowano nowego Kinecta, który najwidoczniej rzeczywiście będzie
dołączany do każdego pudełka z konsolą. Tu nie ma żadnych rewolucji, a w zamian
jest czysta ewolucja. Kamera Kinecta będzie rejestrować obraz w rozdzielczości
Full HD 1080p przy 30 PFS’ach i większym polu widzenia. Jak było do
przewidzenia będzie bardziej dokładny i jeszcze lepiej rejestrował nasze ruchy.
Meh. Jednak wymagane by bawić się w „Raport
Mniejszości”, no trudno…
Pewnych
zmian doczekał się również wysłużony pad. Według zaprezentowanych informacji
znalazło się tu ponad 40 innowacji w projekcie kontrolera przekładających się
na ergonomię. Znajdziemy w nim zintegrowane gniazdo baterii (pad nadal będzie
zasilany bateriami), nowego precyzyjnego D-pada. Ważniejszą nowością jest również
nowy system trigger-feedback. Mówiąc najogólniej, to będzie on odpowiadał za
wibracje w spustach. Spokojnie, będzie można je całkowicie wyłączyć. Kontroler „zaprojektowany
przez graczy dla graczy” – jak ładnie został określony. Będąc jeszcze przy
kontrolerze, to możemy spodziewać się aktualizacji aplikacji SmartGlass, która
dostanie sporo nowych funkcji zarządzania konsolą.
GRY
Cóż…
Szczerze powiedziawszy, to na tym poletku Microsoft się nie popisał.
Zaprezentowano nową generację gier EA SPORTS w postaci kolejnych odsłon takich
serii jak FIFA, NBA Live, NFL Madden czy UFC. I tylko nie wiem kto tu komu zrobił
dobrze: EA Microsoftowi, czy na odwrót… Kolejnym tytułem bez którego nowy Xbox nie
mógłby się obejść jest FORZA Motorsport 5.
Trzeba przyznać, że prezentuje się bardzo dobrze i będzie tytułem startowym
konsoli. Kolejną przedstawioną grą jest tworzone przez Remedy (studio
odpowiedzialne za Max Payne 1&2
oraz Alan Wake) nowe IP zatytułowane Quantum Break, w którym w zasadzie
jeszcze niewiele wiadomo). Na końcu pokazano nowy materiał z Call of Duty: Ghosts, przy czym
potwierdzono DLC na wyłączność dla nowego Xboxa. Bardzo skromnie moim zdaniem.
Pocieszono nas jedynie informacją iż trwają obecnie prace nad 15 ekskluzywnymi grami
dla Xbox One, z czego 8 z nich to zupełnie nowe tytuły. Poza tym mamy czekać na
czerwcowe E3.
PODSUMOWANIE
Pod
koniec konferencji zapowiedziano jeszcze serial aktorski osadzony w uniwersum
Halo. Teraz to Amerykanie już nawet nie wyjdą z domów, więc spokojnie możemy
zacząć planować inwazję na USA ;)
Potwierdzono
informacje o braku wstecznej kompatybilności, konieczność instalacji gry na
dysku twardym powiązanym z naszym kontem oraz potwierdzono możliwość grania w
używane gry (za dodatkową opłatą). Konsola zadebiutuje na całym świecie
później, ale jeszcze w tym roku. Cena oczywiście pozostaje nieznana.
Cała
konferencja Microsoftu wypadła moim zdaniem średnio. Była bardzo kameralna i
skromna w kwestii zaprezentowanych informacji. Co dziwi mając na uwadze ile
czasu MS miał na dogranie szczegółów by sprawnie i efektywnie odpowiedzieć na
konferencję Sony z lutego. Fakt, pokazano samą konsolę, odświeżonego pada i
nowego Kinekta, w przeciwieństwie do Sony, które pokazała nowego pada. Należy jednak
pochwalić MS za niedopuszczenie do tylu przecieków informacyjnych jak miało to
miejsce przy prezentacji konsoli Japończyków. Jednak zabrakło mi usług i
ficzerów dedykowanych graczom. Bo przecież z założenia konsola jest właśnie dla
nich, prawda?
Nie
pozostaje nam chyba nic innego jak poczekać jeszcze do czerwcowych targów E3,
na których zarówno Miscrosoft jak i Sony powinni odsłonić wszystkie karty.
Dzisiaj znowu zrobiło się głośno o Gwiezdnych Wojnach. Dla odmiany nie chodzi o informacje na temat nadchodzącej nowej filmowej trylogii czy skasowanych jakiś czas temu projektów gier. Miesiąc temu poinformowano nas iż LucasArts nie będzie tworzyć już gier a zajmie się dystrybuowaniem licencji zewnętrznym developerom. Natomiast wczoraj w nocy świat obiegła wieść o długoletniej umowie pomiędzy Disney'em a Electronic Arts na mocy której EA otrzymuje w zasadzie monopol na tworzenie i wydawanie gier osadzonych w gwiezdnowojennych realiach. Co istotne mowa dotyczy wyłącznie gier przeznaczonych na konsole i komputery PC. Wszelkiej maści projekty społecznościowe, sieciowe i gierki na urządzenia mobilne pozostają pod pieczą Disney'a. Wiadomo również, że nowe gry będą powstawać w trzech najlepszych studiach EA: DICE, BioWare oraz Visceral Games.
Z pewnością tłumaczy to niedawne zamknięcie EA Partners po blisko 16 latach działania. Z jednej strony trochę szkoda, bo to własnie dzięki programowi Partners mogliśmy zagrać w takie perełki jak pierwszy Crysis, Syndicate, Brutal Legend, Rock Band, czy rodzimy Bulletstorm. Przyznać jednak należy iż był to projekt kosztowny, a niewątpliwie bardzo dużo pieniędzy było/będzie potrzebne EA do sfinalizowania umowy z włodarzami marki Star Wars. Pozwoli to również na przerzucenie pewnej mocy marketingowej na nowe projekty.
Czytając dzisiaj o tej umowie nie sposób było nie zauważyć ogólnie negatywnego nastawienia, oczywiście w duchu sentencji "Co złego to EA". Fakt, że w minionym roku Elektronic Arts zostało uznane za najgorszą firmę nie poprawia sytuacji i prawda jest taka, że rzeczywiście ciężko jest ich lubić jako wydawcę. No właśnie, wydawcę, bo większość hate'u wynika właśnie z tego jak Elektronicy wydają swoje gry, z koszmarnej dla gracza polityki cenowej i niekończących się płatnych DLC. Choć to ostatnie jest ogólną bolączką branży w obecnych czasach, to dojenie kasy z portfeli graczy EA opanowało do perfekcji. Jednakże to nie EA tworzy konkretne gry. Racja, mają ogromny wpływ na to, która gra powstanie, a która nie oraz jakie wsparcie finansowe dostanie konkretny projekt. Ale za jakość gier bezpośrednio są odpowiedzialne studia w których powstają! Więc uprzejmie proszę: skończcie z tym durnym biadoleniem i stawianiem krzyżyków na jeszcze niepowstałych gwiezdnowojennych grach!
Proponuję lepiej pozytywnie spojrzeć w przyszłość i zastanowić się nad tym na jakie gry z logiem Star Wars mamy największe szanse. Czas na moje ulubione gdybanie:
Na pierwszy ogień pójdzie Visceral Games. Studio jest najbardziej kojarzone z marką Dead Space, a co poniektórzy przypomną sobie niedocenionego, lecz udanego moim zdaniem slashera Dante's Inferno. Możemy zatem liczyć na trzecioosobową grę akcji lub mocnego shootera. Z przyjemnością zobaczyłbym tu wariację na temat Jedi Knight, bądź równie mocno wyczekiwaną kontynuację Republic Commando (ach... aż chyba sobie znowu zainstaluję!). Przy tej ostatniej grze niewątpliwie przyda się doświadczenie jakie ekipa zdobyła przy tworzeniu przygód Isaaca Clarce'a z serii DS.
BioWare jako jedyne jest już dobrze zaznajomione z uniwersum klanu Skywalkerów. To oni stworzyli rewelacyjnego Star Wars: Knights of the Old Republic oraz całkiem udane MMORPG SW: The Old Republic. Zatem nikogo nie powinno zdziwić ogłoszenie powstawania (action) cRPG, któremu bliżej będzie do serii Mass Effect niż kultowego KotOR'a. Trochę szkoda, jednak osobiście i tak kupuję tę grę w ciemno. Otwartym pytaniem pozostają tu raczej ramy czasowe w których osadzona zostanie gra. Doświadczenie zespołu każe przypuszczać czasy Starej Republiki, jednak nie zdziwiłbym się gdyby fabuła była osadzona bliżej zbliżającej się nowej filmowej trylogii...
Na koniec zostało nam studio DICE, twórcy wszystkich odsłon serii Battlefield oraz bardzo oryginalnego Mirror's Edge. Tutaj sprawa jest chyba najprostsza i wizja nowego Star Wars: Battlefront jest realna jak nigdy wcześniej. Na dobrą sprawę, to ciężko oczekiwać od nich czegoś innego. Ekipa z DICE czuje się najlepiej właśnie w pierwszoosobowych strzelankach i należy im przyznać, że są w tym naprawdę dobrzy. Ciężko jest mi znaleźć inny zespół, który byłby w stanie wywindować Battlefronta na nowy poziom.
Oczywiście smuci mnie to, że w zasadzie możemy pożegnać się ze Star Wars 1313, jednak staram się zobaczyć w tym wszystkim sporo nowych świetnych gier, które będą ukazywać się znacznie częściej niż te tworzone przez LucasArts.
Notka powstała pod wpływem impulsu, słabych nerwów i przeczytaniu wpisu na pewnym znanym polskim techblogu. Na szybko i pewnie nieskładnie. Wiem, że nie powinno tak być, no ale cóż... Przepraszam. P.S. 28 kwietnia Geekowi Subiektywnie stuknął roczek. Urodzinowego tortu i fanfar nie będzie. Zamiast nich powinna być zjebka za moje lenistwo i brak systematyczności. Życzę i Wam i sobie by kolejny rok był bardziej obfity we wpisy, oraz by te były na tyle interesujące by zachęcić Was do wracania na bloga. Dziękuję.
W
miniony weekend odbyła się całkiem spora impreza PAX East (Penny Arcade Expo), która to coraz częściej staje się
miejscem szumnych zapowiedzi i prezentacji nowych gier. Nie inaczej było i tym
razem, czego przykładem może być ogromne stoisko poświęcone Watch_Dogs czy zapowiedź Mighyt & Magic X: Legacy. Jednak to,
co najbardziej przykuło moją uwagę to konferencja i panele dyskusyjne BioWare. Jak można było się spodziewać
te ostanie były poświęcone głównie serii Mass Effect, rocznicy wydania trzeciej
części gry i wielkie podsumowanie gry – w tym wyborów graczy. Przy okazji dowiedzieliśmy się, iż filmowa adaptacja przygód Sheparda ma się
dobrze i nadal trwają prace nad scenariuszem (za który odpowiada Morgan Davis
Foehl), którego historia ma być czymś wyjątkowym jak mówi sam Casey Hudson (reżyser serii Mass
Effect):
"Mamy materiał, z
którego - moim zdaniem - powstanie świetny film. To będzie coś więcej niż tylko
film, to coś wyjątkowego."
Hudson
był tego dnia dość wylewny, gdyż powiedział kilka zdań na temat kolejnej gry
osadzonej w tym kosmicznym uniwersum:
"Przygotowujemy się
już do tworzenia kolejnej części cyklu, która będzie czymś zupełnie nowym.
Chcemy dać fanom możliwość powrotu do tego uniwersum i wszystkich rzeczy, które
znacie i kochacie z ME. Jednocześnie
zaczynamy coś świeżego i nowego. To będzie nowy sposób na eksplorację całego
uniwersum Mass Effect."
Przyznam
szczerze, że to ostatnie zdanie w pewien bliżej nieokreślony sposób mnie
niepokoi, jednak na chwilę obecną nie pozostaje mi nic innego jak uzbroić się w
cierpliwość i poczekać na więcej informacji. Oczywiście możemy śmiało założyć,
że Mass Effect 4, który pewnie będzie
nazywał się inaczej niż „4”. Zarówno nowa odsłona ME jak i trzecia część Dragon
Age będą śmigały na silniku Frostbite
2.0 Frostbite 3.0, co zostało ujawnione podczas trwających obecnie
targów GDC. Możliwości tego silnika są oszołamiające!!! Zainteresowanych odsyłam
tutaj. Więcej szczegółów o powyższych grach
otrzymamy zapewne w późniejszej porze roku. Wśród tych wszystkich informacji
przemknęło jeszcze jedno zdanie Caseya Hudsona.
"Pracujemy nad
zupełnie nowym fikcyjnym uniwersum."
To
właśnie te sześć wyrazów jest przyczyną tego wpisu i to one wprawiły mnie w
lekkie osłupienie. Po ich przeczytaniu dopiero po chwili uświadomiłem sobie, iż
automatycznie zacząłem zastanawiać się nad wszystkimi potencjalnymi
możliwościami. Już śpieszę z wyjaśnieniem. Z tego, co dano nam do zrozumienia
nie chodzi tu o jakąś kontynuację czy odnowienie jednej ze znanych serii. Z
resztą: Baldur’s Gate w minione
wakacje doczekał się odnowionej Enhanced Edition, Neverwinter jest przerabiany na model sieciowy przez Cryptic
Studios, o kontynuacji singleplayerowego Star
Wars: Knights of the Old Republic możemy sobie pomarzyć i patrzeć na jego
spadkobiercę w postaci MMO. Więc może udałoby się określić jakiego rodzaju
byłoby to uniwersum?
Jako,
że jestem z natury stworzeniem bardzo ciekawskim, a na więcej informacji jak na
razie nie ma co liczyć, to w mojej głowie zainicjował się cały ciąg różnorakich
domysłów. Skoro ma to być coś zupełnie nowego i świeżego, to logicznym jest
odrzucenie tego, co BioWare już posiada w swoim warsztacie.
Space science-fiction zostało w całości zaklepane przez
serię Mass Effect. Szczerze bym się
zdziwił gdyby ów nowy projekt miał siedzieć w tej samej piaskownicy.
Wszechświat ME jest tak bardzo bogaty, że w zasadzie nadaje się do większości
typów gier i posiada ogromną ilość historii do opowiedzenia. Jest tu w zasadzie
wszystko to, czym charakteryzuje się porządne sci-fi. Pamiętajmy również, że
scenarzyści nie muszą ograniczać się tutaj do konkretnych „epok”, czego
najlepszym przykładem będzie najprawdopodobniej następna gra osadzona w tym
uniwersum. Zaryzykuję stwierdzeniem, że marka Mass Effect spokojnie utrzyma się
na rynku przez kolejnych pięć lat, o ile nie dłużej (pierwsza część ME
zadebiutowała w maju 2008).
Kolejnym
oczywistym wyeliminowanym jest dark
fantasy, które w przypadku BioWare jest jednoznacznie kojarzone ze światem Thedas
osadzonym w serii Dragon Age. Tutaj
sprawa ma się bardzo podobnie jak w przypadku ME. O tym jak niesamowity
potencjał drzemie w Dragon Age nie trzeba jakoś specjalnie przekonywać.
Najlepiej świadczą o tym dwie świetne (a za razem tak różne od siebie!) gry i
liczne książki oraz komiksy wzbogacające ten wspaniały świat. Oczywiście można
się sprzeczać o to jak bardzo dark
jest fantasy w DA, jednak moim
zdaniem nadal jest to jeden z ciekawszych i lepszych światów fantasy. Dodatkowo w produkcji znajduje się
obecnie Dragon Age III: Inquisition,
o którym powinniśmy usłyszeć co nieco o ile nie na trwających obecnie Game
Developers Conference to z pewnością na czerwcowym E3.
To
jednak nie wyklucza powstania czegoś w lżejszych klimatach fantasy. Może nawiązującego w jakiś sposób do historii starożytnej albo mitologii?
Pewnie jest to pomysł oklepany, albo nieatrakcyjny, ale chyba nie ma żadnej
dobrej gry opartej na mitologii nordyckiej. Bardzo ciekawie mogłaby wyjść próba
odnowienia, a raczej odbudowania Jade
Empire silnie bazującego na kulturze chińskiej. Szkoda tylko, że wszystkie
znaki na niebie i ziemi przemawiają za tym bym porzucił nadzieję…
Następny
pomysł, jaki zagnieździł mi się w głowie jest chyba bardziej oryginalny. W
końcu jak często natrafiamy na rasowy steampunk
w grach wideo? Zaraz pewnie usłyszę, że dopiero co w zeszłym roku otrzymaliśmy Dishonored, którego moglibyśmy tu
zaliczyć. Zgadza się. Ale zwróćcie uwagę na to jak ciepło ta gra została
przyjęta! A gdyby tak zbudować świat, w którym historia potoczyła się zgoła
inaczej i mechanika wygrała nad elektroniką? Komputery napędzane parą i
przeróżne mechaniczne usprawnienia ludzkiej fizjonomii ze szczyptą XVIIIw.
Londynu zawarte w dopracowanym action-RPG, możecie to sobie wyobrazić? Jak dla
mnie brzmi to bardzo zachęcająco i z przyjemnością usłyszałbym o tego typu
projekcie!
Na
sam koniec zostawiłem coś specjalnego. Przysłowiową wisienkę na torcie. Ha! A
jakże by inaczej! Cyberpunk. Jasne,
jest to podgatunek science-fiction, jednak tym razem nie będziemy latać po
całym znanym nam kosmosie, a posiedzimy sobie na naszej planecie. Oczywiście w
niedalekiej przyszłości, tak byśmy mieli odpowiednie zaplecze technologiczne
dla tych wszystkich cyber-wspaniałości. Moim zdaniem jest to pomysł najbardziej
prawdopodobny ze wszystkich możliwych, jakie przychodzą mi obecnie do głowy. Już
tłumaczę dlaczego. Po pierwsze sukces, jaki odniósł w 2011 roku Deus Ex: Human Revolution kusi i to
bardzo. Jest to przykład pokazujący, że można stworzyć pasjonującą grę w
stylistyce cyberpunkowej, docenioną zarówno przez graczy jak i recenzentów. Po
drugie szum oraz zainteresowanie, jakie wzbudziło ogłoszenie prac nad Cyberpunk 2077 rodzimego CDProjekt RED
pokazuje jedynie, że jest popyt na tego typu produkcje. Po trzecie (i chyba ostatnie)
mamy bardzo mało gier o tej tematyce, a z pewnością mało gier dobrych. Co za
tym idzie pole manewrowe dla scenarzystów jest przeogromne i daje im
niesamowite możliwości. Ludzie to kupią. Ja to kupuję w ciemno! Mamy w końcu
ten XXI wiek i gry w tematyce cyberpunku nigdy wcześniej nie pasowały tak
bardzo jak teraz!
Może
i naiwnie, ale nadal pokładam w BioWare ogromne nadzieje oraz ze względu na
sentyment mają u mnie ogromy pakiet zaufania. Nawet po tym co zrobili
pierwotnie z zakończeniem ME3. Nawet po tak drastycznych zmianach jakie
spotkały DA2. Prawda jest taka, że przy ich grach zawsze świetnie się bawiłem i
miło spędzałem czas, a historie opowiadane w ich grach przykuwały mnie na
długie godziny. Mam nieodparte wrażenie, że to się nie zmieni przy ich nowych
grach…
Na
koniec mam jedynie małe pytanie do Was: co Wy o tym sądzicie? Macie jakieś
swoje pomysły na to czym może być ich przyszłe nowe uniwersum?
Zapewne
wszystkie szumy związane z konferencją Sony już ucichły, więc jest to idealny
moment by przyjrzeć się wszystkiemu już na spokojnie. PlayStation Meeting 2013
odbył się 20 lutego i był streamingowany na żywo przez serwis Ustream, z którym
Sony zacieśniło ostatnio współpracę. Oczywiście nie mogłem sobie tego
wydarzenia odpuścić i widmo zarwanej nocki mnie nie przerażało. Samą
konferencję, jej przygotowanie oraz przeprowadzenie muszę uznać za udaną i sprawnie
poprowadzoną, a na szczególną uwagę zasługuje budujące napięcie intro. Sam
streaming odbył się bez większych problemów i zaliczył w ciągu dwugodzinnej
konferencji tylko kilka przycięć. Jednak nie powinno to dziwić jeśli weźmie się
pod uwagę to, że w pewnym momencie odtwarzacz pokazywał 4,5 miliona aktualnie
oglądających to spotkanie, a według oficjalnych danych konferencja została obejrzana przez 7,5 miliona osób.
Przejdźmy
jednak do meritum. Koncern oficjalnie zapowiedział konsolę następnej generacji
– PlayStation 4. Celowo napisałem „zapowiedział” a nie „przedstawił” czy „pokazał”.
Kojarzycie może kota Schrödingera? Tak, tego kota w pudełku, który jest
jednocześnie żywy i martwy. Podobnie jest z PlayStation 4. Sony niby
przedstawiło nową konsolę, ale jednocześnie jej nie pokazało. Podobny zabieg
zastosowało dwa lata temu Nintendo podczas E3 i zapowiedzi Wii U. Shuhei
Yoshida, szef Sony Worldwide Studios, tłumaczył to tym, że przedstawili
wszystko to, co chcieli, a kilka asów zachowali sobie na później. Z jednej
strony trudno odmówić temu stwierdzeniu słuszności, z drugiej niepokazanie
samej konsoli budzi pewien niedosyt, żeby nie powiedzieć rozczarowanie.
Uszczypliwej uwagi na ten temat nie mógł sobie odpuścić Major Nelson z obozu
Microsoftu pisząc na swoim twitterze: "Announce
a console without actually showing a console? That's one approach." O
ile nie poznaliśmy wyglądu oraz ceny nowej konsoli, o tyle wiemy, kiedy możemy
się jej spodziewać – „Holiday 2013”, jak głosił ostatni slajd konferencji. Jest
to oczywiście orientacyjny termin premiery dla rynku japońskiego i
amerykańskiego, Stary Kontynent jak zwykle będzie musiał cierpliwie poczekać.
Damn you, Sony…
Pokaż kotku co masz w środku
Co
więc zostało nam zaprezentowane? W brew pozorom całkiem sporo. Wiele informacji
zostało opublikowanych przez Sony zaraz po konferencji. Zacznę od najmniej
zaskakującej rzeczy, czyli specyfikacji technicznej. Tu bardzo wiele plotek się
potwierdziło i całość bazuje na super podrasowanej architekturze znanej z
komputerów PC. Sercem nowej konsoli będzie 8-rdzeniowy procesor x86 AMD „Jaguar” wspierany przez kartę graficzną
(również AMD) bazującą na następnej generacji Radeon’ów (mającą wyciągać, 1,84
TFLOPS). Całości dopełnia współdzielone 8GB RAM DDR5. Dodatkowo możemy być
spokojni o obecność dysku twardego, czytnika Blue-Ray, port(y) USB 3.0, komplet
wyjść (HDMI, analogowe wyjście AV, wyjście optyczne, AUX), a za łączność będzie
dopowiadać wi-fi IEEE 802.11 b/g/n, gniazdo Ethernet i Bluetooth 2.1. Mając to
na uwadze możemy spokojnie zapomnieć o wstecznej kompatybilności (chociaż jest
na to cień szansy dzięki Gaikai, ale o tym za chwilę). Głównym architektem
konsoli jest Mark Cerny, który przedstawił nam kwestie techniczne. Cerny
powiedział jak ważne było dla Sony ułatwienie życia developerom oraz graczom.
Wszystko w konsoli ma odbywać się natychmiast, zero opóźnień i czekania a wszystko
ma być zawsze pod ręką i gotowe. Sony zapewnia, że nowa architektura konsoli
będzie bardzo przyjazna dla deweloperów i ci nie będą potrzebować kilku lat na
jej opanowanie, a sam koszt produkcji gier ma być tańszy i mniej zasobożerny. Może to potwierdzić zaprezentowana plansza z imponującą ilością firm, które potwierdziły wsparcie dla nowej konsoli (między innymi Blizzard oraz rodzimy CDProjekt RED - hell yeah!). Na plus niewątpliwie należy zaliczyć to, że PS4 nie będzie wymagać stałego
połączenia z internetem, oraz że konsola w żaden sposób nie będzie blokować
używanych gier. Wiemy również, że będziemy mogli korzystać z kontrolerów Move,
które doczekają się kilku nowych sztuczek i mają być lepiej wykorzystywane w
grach. Natomiast nie mamy co liczyć na kompatybilność konsoli z obecnym
kontrolerem.
Stworzony by nim grać
(ponoć)
DualShock
3 odchodzi do lamusa i ustępuje miejsca wersji z numerkiem cztery. Przyznam
szczerze, że mam strasznie mieszane uczucia co do nowego pada. DulaShock 4 ma
być padem rewolucyjnym i mimo iż gołym okiem widać duży progres względem jego
starszej wersji, to osobiście liczyłem na coś więcej. I kilka rzeczy mi się w
nim nie podoba. Kontroler jest nieco szerszy od tego dobrze nam znanego. Po
drodze zgubił przyciski „start” oraz „select”, na ich miejsce wskoczyły „share”
i „options”. „Options” jest kompilacją dwóch starszych przycisków, „share”
odpowiada za całkiem ciekawy ficzer. System konsoli przez cały czas nagrywa naszą rozgrywkę
i zapamiętuje kilkanaście ostatnich minut gry. Możemy na przykład po wykonaniu
jakiejś widowiskowej akcji (albo czegoś wybitnie idiotycznego) można ją wyciąć,
lub zrobić stop-klatkę i wrzucić to do sieci, na facebooka, youtube’a czy coś
innego.
Pomiędzy tymi
dwoma przyciskami znajduje się teraz panel dotykowy, podobny do tego z pleców
PS Vity. Liftingowi uległy gałki analogowe i mimo iż są teraz wklęsłe (co
chwalę), to nadal są symetryczne (co potępiam). Między gałkami znajduje się
wbudowany mikrofon oraz gniazdo dla headsetu (który to znajdziemy w pudełku z
konsolą). Krzyżak jest teraz bardziej ściśnięty, co według niektórych (tak, to
o Tobie Pusiu) przełoży się na lepszy komfort i wygodniejsze korzystanie z
niego. Uchwyty wyglądają na trochę przedłużone, ogólnie większe i są chyba
pokryte jakąś membraną antyślizgową, co przełoży się na wygodniejsze i bardziej
ergonomiczne trzymanie pada. Triggery L1/R1 są zdecydowanie większe, a spusty
L2/R2 teraz zdecydowanie bardziej przypominają spusty, są lekko wklęsłe i
zaokrąglone u dołu.
Na koniec zostawiłem sobie „Light Bar” podobny do świecącej
kuli znanej z Move’a, jest to świecący pasek mający na celu kilka rzeczy.
Odpowiada za rozpoznanie graczy (player 1 ready, player 2…), jakieś drobne
notyfikacji (padł przykład z sygnalizacją, gdy nasza postać oberwała w jakiejś
grze) i na końcu jest mocno powiązany z nową kamerką – PlayStation 4 Eye. Nowy
Eye jest znacznie bardziej rozbudowany i bliżej mu do konkurencyjnego Kinecta.
Kamerka jest wyposażona w dwa szerokokątne obiektywy oraz cztery czułe
mikrofony. Light Bar w połączeniu z nowym PS-Eye mają pozycjonować gracza w
pokoju, to jak daleko znajduje się od kamery oraz czy są jakieś obiekty między
nimi. Po co? Sam do końca nie jestem pewien. Podano natomiast przykład, w
którym 2-4 graczy gra w co-opa a konsola dzięki nowemu Eye analizuje fizyczne
odległości między graczami i ma przekładać to na odległości między postaciami
sterowanymi przez każdego z graczy. Osobiście nie do końca to kupuje i jak na
razie jest to dla mnie kawałek świecącego ustrojstwa przeszkadzającego w nocnym
graniu.
Usługi, ficzery,
bajery
O
kilku smaczkach i nowościach zdążyłem już wspomnieć, ale jest ich jeszcze
kilka. Ciekawie zapowiada się odświeżone PlayStation Network, które ma
dopasowywać wyświetlaną treść do naszych preferencji, bazując na zgromadzonej
już kolekcji gier i historii naszych rozgrywek. Casualom zostaną przedstawione
mniej wymagające, bardziej weekendowe produkcje, a hardcorowcy dostaną mięsiste
tytuły na długie godziny. Zamysłem Sony jest by wszystko było pod ręką a gracz
nie musiał na nic czekać. Teraz już koniec z czekaniem aż demo czy zakupiona
przez nas gra się ściągnie! Klikamy w interesujące nas demo, albo finalizujemy
zakup gry i z miejsca możemy zacząć w nią grać. Wszystko dzięki chmurze Gaikai.
Te wszystkie gigabajty danych gry będą pobierać się w tle i doładowywać się na bieżąco,
a po skończeniu pobierania jesteśmy automatycznie odłączani od chmury. Brzmi
świetnie!
Dzięki
wykupionemu Gaikai będziemy mieli również dostęp do dużej biblioteki gier, być
może właśnie tutaj znajdziemy nasze ulubione klasyki z PSOne, PS2 czy produkcje
z PS3. Żeby było ciekawiej to każdą z gier, które znajdą się w ofercie będziemy
mogli za darmo wypróbować, a dopiero później zdecydować się na zakup pełnej
wersji. Kolejnym atrakcyjnym ficzerem związanym z chmurą Gaikai jest możliwość
przerwania gry na PlayStation 4 i wznowienia jej w dowolnej chwili na
przenośnej PS Vita, w tym samym momencie, w którym skończyliśmy grać! Ogólnie
mówiąc to zapowiedziano bardzo mocne wsparcie dla Vity oraz położenie dużego
nacisku na współpracę obu konsol, tej salonowej i tej przenośnej. Jakby jeszcze
obniżyli cenę PS Vity gdzieś indziej niż tylko w Kraju Kwitnącej Wiśni…
Kolejną
nowostką jest przycisk Power Button, który wprowadza konsolę w stan uśpienia i
niskiego poboru energii. Gra w którą obecnie gramy jest pauzowana, konsola po
cichutku pobiera sobie zkolejkowane pliki albo aktualizacje a my w dowolnej
chwili możemy z powrotem wskoczyć do gry tam gdzie ją zostawiliśmy! Ponadto,
Sony przewidziało dostęp do usług online PS4 za pośrednictwem telefonów i
tabletów z możliwością kolejkowania plików do pobrania, a także wysyłania
wiadomości.
Ogromny
nacisk zostanie położony na media społecznościowe. Nasza lista kontaktów już
nie będzie ograniczona do tych z PSN i będziemy mogli na niej znaleźć osoby np.
z facebooka. Tutaj dużą rolę odegra przycisk „SHARE”, o którym wcześniej
wspominałem. System konsoli jak i ona sama ma się otworzyć na świat i pozwolić
nam, graczowi podzielić się naszym kawałkiem rozrywki ze znajomymi. Nie musimy
się tutaj ograniczać do systemu wiadomości i publikacji krótkich
filmików/zrzutów ekranu. Dzięki Ustream będziemy mogli stremować naszą całą
rozgrywkę do sieci na zasadzie kanału/programu. Albo my sami będziemy mogli
oglądać grę naszego znajomego, podsuwać mu pomysły poprzez czat głosowy, czy
nawet wejść do jego gry i pomóc mu rozwiązać jakąś łamigłówkę (ponownie dzięki
Gaikai).
Król nie żyje, niech
żyje król?
To
by było na tyle, jeśli chodzi o znane na dzień dzisiejszy informacje. Nadal
pozostaje wiele nurtujących pytań, a niektóre z powyższych informacji budzą też
i nowe pytania. Sony wykonało pierwszy krok i moim zdaniem wyszedł mu on bardzo
dobrze. Na tyle by móc przez najbliższy czas rozdawać karty. Część przypuszczeń
oraz plotek znalazło swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Sony jasno
pokazało, w jakim kierunku chce dążyć i ma chyba wszystko, co będzie potrzebne
do odniesienia sukcesu. Najprawdopodobniej w kwietniu Microsoft przedstawi
następcę Xbox360 i będzie musiał zagrać ostro, na co bardzo liczę. Następną partię informacji na
temat obu konsol zapewne uzyskamy podczas czerwcowych E3 i to pewnie wtedy
wszystkie asy wylecą z rękawów obu firm. To dopiero wtedy przekonamy się o wszystkim i to dopiero wtedy będą mogły rozpocząć się te wszystkie wspaniałe dyskusje na temat tego która konsola jest lepsza i dlaczego. Czysta radość! (<-to była ironia) Nie zostaje nam nic innego jak uzbroić
się w cierpliwość i czekać.
Na koniec chciałbym zaprosić Was do obejrzenia
oficjalnego trailera PlayStation 4:
P.S. Będzie osobna
notka o grach na PS4 przedstawionych podczas konferencji, so stay tuned! ;)
Korzystając
z dobrodziejstw weny, która obudziła się we mnie po dość długim letargu
postanowiłem spróbować swych sił w czymś w zasadzie mi obcym. Drodzy
Czytelnicy, przed Wami test Samsunga
NP310E5C-A01PL. Testowanie sprzętu nie jest czymś, czym zajmuję się często,
dlatego proszę – miejcie to na uwadze. Dodatkowo nie spodziewajcie się znaleźć
tu głębokiej analizy podzespołów, testów wytrzymałościowych, czy szczegółowych
diagramów przedstawiających wydajność laptopa w jednym z wielu benchmarków.
Postaram się natomiast skupić na aspektach użytkowych, jakości wykonania i
ergonomii sprzętu, czyli tych rzeczach, które zadecydowały o zakupie Samsunga
NP310E5C. Laptopa sprawiła sobie w prezencie moja szanowna rodzicielka, dla
której znaczącymi elementami były: wydzielony
num-pad, wygodna klawiatura, przyzwoite wykonanie i cena do 2000zł. A, zapomniałbym o jeszcze jednym – ma się jej
również podobać wizualnie. Sami musicie przyznać, że nie są to jakieś ostre
kryteria, które drastycznie redukują listę potencjalnych kandydatów.
Obudowa
cechuje się prostym, lecz eleganckim moim zdaniem wykonaniem. Nie znajdziemy tu
żadnych udziwnień i ozdób, a jedynym wybijającym się elementem jest niewielki
srebrny napis „SAMSUNG” umieszczony nawet nie na środku, a z brzegu klapy
ekranu. Sama pokrywa przywodzi na myśl gustowne szczotkowane aluminium. Jednak
jest to jedynie tworzywo sztuczne, które zostało użyte do produkcji całej
obudowy. Przekłada się to natomiast na dość niedużą wagę laptopa. Niecałe 2,5kg
wraz z malutkim zasilaczem nie obciąży znacząco naszych toreb czy plecaków. Zgodnie
z informacjami producenta zastosowana obudowa Samsung Duracase jest niezwykle odporna na niebezpieczeństwa dnia
codziennego (czyt. drobne upadki i uderzenia). Całość została dodatkowo pokryta
specjalną powłoką mającą zapobiegać zarysowaniom i pozostawianiu odcisków
palców. To ile w tym prawdy okaże się za jakiś czas. Sama konstrukcja jest
solidna, plastiki są ze sobą dobrze spasowane, nic nie odstaje i nie skrzypi
przy mocniejszym nacisku.
Największą
bolączką obudowy jest moim zdaniem bardzo niewygodne otwieranie laptopa, które
jest dość problematyczne zwłaszcza, gdy chcemy otworzyć go bardzo szybko, albo
jedną ręką. Tym, co jeszcze mi się nie podoba jest zastosowanie błyszczącego
wykończenia w rejonie wydzielonym dla wyspowej klawiatury. Ta owszem, jest
całkiem wygodna, choć potrzebowałem trochę czasu do przyzwyczajenia się do
niej. Pisze się na niej bardzo
przyjemnie i cicho. Palce bezproblemowo przeskakują między klawiszami, mimo
iż te są od siebie oddalone. A między każdym klawiszem jest to cholerne
błyszczące wykończenie! Ja już widzę te odciski i trudne do wyczyszczenia
zabrudzenia między nimi. Ale niektórym to się podoba… Będąc jeszcze przy
temacie klawiatury – nie znajdziemy tutaj dedykowanych klawiszy
multimedialnych. Co prawda kilka z nich jest skrzętnie pochowanych w
kombinacjach z przyciskiem funkcyjnym, jednak to już nie to samo. Touchpad,
zwany potocznie gładzikiem albo miziadełkiem, jest dość duży, co wadą nie jest.
Dodatkowo obsługuje multitouch i gesty,
co również jest miłym akcentem.
Wejścia
w omawianym Samsungu NP310E5C są rozlokowane bardzo sensownie. Po prawej
stronie znajdziemy nagrywarkę DVD i dwa porty USB 2.0, po lewej natomiast
wejścia od zasilacza, Ethernet, VGA, HDMI i trzeci port USB 2.0. Są tu również
umieszczone osobne gniazda jack 3,5mm pod słuchawki i mikrofon (jeśli dla kogoś
ten wbudowany okaże się niewystarczający). Z przodu znajduje się czytnik kart
SD, co w większości produkowanych obecnie laptopów jest już standardem.
Panoramiczny
ekran o przekątnej 15,6” i proporcjach 16:9 posiada podświetlenie LED. Przekłada się to na bardzo żywe i wyraziste
kolory, które w połączeniu z jasnym wyświetlaczem dają bardzo pozytywne
odczucia. Kąty widzenia są całkiem przyzwoite. Na tyle by 2-3 osoby mogły
jednocześnie oglądać na nim film. Cieszy również zastosowanie matowej matrycy antyrefleksyjnej gdyż
przekłada się to na wyższy komfort pracy nawet przy bardzo słonecznej pogodzie.
Dodatkowo warto wspomnieć o całkiem dobrych wbudowanych głośnikach. Grają
głośno i wyraźnie, choć mają słyszalne problemy z tonami bardzo wysokimi i
bardzo niskimi. Tego natomiast można było się spodziewać gdyż nie są to żadne
markowe głośniki a urządzenie nie posiada wbudowanego subwoofera.
Samsung
NP310E5C jest dodatkowo wyjątkowo cichy
i dopiero przy mocnym obciążeniu sprzętu oraz dysku twardego pojawia się jakiś
hałas. Jednak nawet on nie jest wyjątkowo głośny, a z pewnością nie głośniejszy
niż moja wysłużona już sześcioletnia Toshiba Satellite. Podobnie sprawa ma się
z temperaturą i nagrzewaniem się laptopa. System wentylacji działa sprawnie i
przy zwykłym użytkowaniu temperatura rośnie jedynie w okolicach dysku twardego,
nawet po kilku długich godzinach spędzonych przy laptopie. Będąc przy temacie
godzin wypadałoby powiedzieć przynajmniej kilka słów o akumulatorze i długości
pracy na nim. Przy ciągle włączonym Wi-Fi i jasności ekranu ustawionej na
poziomie 80% bateria wystarcza na około 3-3,5
godziny. Przy dużej eksploatacji i mocnym obciążeniu mocy starczy na jakieś
1,5 godziny pracy. Jest to całkiem niezły wynik jak na obecne standardy.
Zamontowane
podzespoły nie czynią z notebooka koreańskiego koncernu demona osiągów, jednak
w swojej klasie są one bardzo wydajne. Jest to urządzenie docelowo uniwersalne
i niepotrzebujące nie wiadomo jakiej mocy przerobowej. Dwurdzeniowy układ Intel
Core i3, 4GB pamięci RAM oraz osobna karta graficzna spokojnie poradzą sobie z
obsługą praktycznie wszystkich podstawowych programów do biura, domu i multimediów.
Nie napotkamy żadnych problemów z odtwarzaniem materiałów FullHD oraz spokojnie
zagramy sobie w zeszłoroczne gry. Co prawda o najwyższych ustawieniach grafiki
możemy zapomnieć, ale na średnich detalach powinniśmy odpalić większość
tytułów. Dodatkowo jest tu preinstalowany Windows
8 wraz z trialem MS Office i o dziwo bardzo mało tak zwanego bloatware’u
(dodatkowych aplikacji instalowanych przez producenta sprzętu).
Nie
oszukujmy się, Samsung NP310E5C jest przedstawicielem średniej półki. Jednak
radzi sobie na niej całkiem nieźle i z pewnością jest produktem wartym
rozważenia. Można oczywiście psioczyć i narzekać na słabą jakość karty
graficznej, tylko trzy porty USB, albo brak USB 3.0. Malkontenci zawsze coś znajdą.
Mając na uwadze postawione na początku wymogi jakie miał spełniać laptop
powyższe rzeczy są najzwyczajniej nieistotne. Jeśli coś nie jest nam niezwykle
potrzebne, to brak tego czegoś niespecjalnie nam przeszkadza. Warto natomiast
zwrócić uwagę na atrakcyjną cenę laptopa. Można go zakupić już za niecałe
1900zł. Albo trafić na promocję, tak jak mi się udało w Pro-Line i za 100zł
więcej zgarnąć dodatkowo 2,5” dysk zewnętrzny 320GB bądź zestaw torba + mysz
bezprzewodowa.
Niezły
deal, jak powiedziałby mój znajom i w istocie nie pozostaje mi nic innego jak
podpisać się pod tym stwierdzeniem, gdyż jest to moim zdaniem bardzo dobry
wybór.
Coraz
częściej jesteśmy wręcz zalewani mniej lub bardziej wiarygodnymi informacjami
na temat sukcesorów Xbox’a 360 i Playstation 3. O potencjalnych cechach i
charakteryzacji next-gen’ów pisałem w zeszłym roku w tym miejscu. Nie mam
zamiaru się powtarzać, a następny tego typu tekst popełnię dopiero po
oficjalnym zaprezentowaniu nowego Xbox’a i kolejnego Playstation. Chyba, że do
tego czasu przeczytam coś związanego z tematem, co wyprowadzi mnie z równowagi
(tak jak miało to miejsce teraz). Ilość publikowanych newsów rośnie w ogromnym
tempie i nie idzie tego nie zauważyć. Ploty, plotki, ploteczki z każdej strony.
Wiecie, co Wam powiem? Lektura każdego kolejnego newsa na temat next-gen’ów
zaczyna wzbudzać we mnie odruchy wymiotne, a mimo to nadal masochistycznie je
czytam. Problemem nie są wiarygodność publikowanych informacji i powoływanie
się na „zawsze prawdomówne źródła będące bezpośrednio powiązane z tematem” (to
ostatnie nie wiedzieć czemu, zawsze mnie rozbrajało). Możecie teraz zapytać
się, o co mi w takim razie chodzi, a ja pośpieszę Wam z odpowiedzią. Chodzi mi
o niepotrzebne bicie piany, pisanie tekstów traktujących każdą najdrobniejszą
(i niepotwierdzoną!) informację, jako najprawdziwszą prawdę… Zamiast załapać
pozytywnego hype’a związanego z wszelkimi newsami o nowych konsolach to
zaczynają mnie one drażnić. Sam nie wiem… Spodziewałem się czegoś innego, że
będzie to wszystko wyglądało inaczej. Nie napiszę Wam jak, bo po prostu nie
jestem w stanie. Dodatkowo przyznam się Wam, że szczerze nie pamiętam jak to
wyglądało te 6-8 lat temu przed premierami PS3 i X360. Jakoś nie zwracałem
wtedy na to takiej uwagi jak teraz.
Oczywiście
zdaję sobie sprawę z tego, że po obu stronach barykady znajdują się osoby,
których te wszystkie newsy i informacje najzwyczajniej nie interesują. Nie ma
dla nich najmniejszego znaczenia co się znajdzie wewnątrz magicznego pudełka,
jakie będzie ono miało moc obliczeniową oraz czy i co zaoferuje właścicielowi
poza graniem. Po prostu kupią następcę swojej ukochanej obecnej konsoli i tyle.
Nikt chyba nie wątpi w to, że pierwszą kobietą w Polsce, która kupi nowego
Xboxa będzie nasza zaprzyjaźniona blogerka ;) Niestety (albo wręcz przeciwnie)
nie należę do grona tego typu osób. To, że obecnie jestem właścicielem
Playstation 3 nie przesądza o tym, że z miejsca polecę do sklepu po wersję z
numerkiem 4, nie przekreśla szans konsoli Giganta z Redmond. Zwłaszcza jeśli stwierdzę,
że ta ma więcej prosów. Dlatego chcąc, nie chcąc śledzę na bieżąco wszystkie
„przecieki”. Niewątpliwym atutem nowego PS’a będzie lista exclusive’ów
tworzonych przez deweloperów first-party Sony. Nadal będziemy eksperymentować z
nowymi kontrolerami: Kinect 2, nowa wersja kontrolerów ruchowych, komendy
głosowe, może nawet nowe „zwykłe” kontrolery.
Widzę, że
zaczynam odbiegać od głównego tematu, więc koniec dygresji. Obserwując ten cały
boom informacyjny na temat next-gen’ów i przeglądając komentarze pod kolejnymi
wpisami pomyślałem o czymś strasznym. Teksty dotyczą zazwyczaj specyfikacji
technicznej urządzeń, a opinie wyrażane przez autorów tekstów oraz przez graczy
mają w miażdżącej większości następujący wydźwięk: „szału nie ma, dupy nie
urywa i gdzie ta rewolucja następnej generacji?!”. Architektura podobna do tej
znanej z PC, ośmiordzeniowe procki, zmodyfikowane układy graficzne z blaszaka i
4(DDR5)-8(DDR3)GB RAM’u. Fakt, mając na uwadze najnowsze podzespoły znajdujące
się w komputerach osobistych to powyższa charakterystyka brzmi „tylko” dobrze.
Ale większość osób zapomina o przynajmniej dwóch rzeczach. Pierwsza: powyższe
przecieki mogą mieć tyle wspólnego z rzeczywistością, co nic. Druga to
podstawowa różnica między konsolami a PeCetami. Te drugie są strasznie
zasobożerne ze względu na swoją wielowątkowość i konieczność obsługi koszmarnego
systemu operacyjnego oraz pierdyliarda procesów i programów działających w tle.
Te pierwsze nie mają tego problemu, dlatego przy odpowiednim doszlifowaniu
silnika graficznego i kodu gry na nowych konsolach będą wyglądać oszałamiająco,
nawet przy współczesnych monstrach zapakowanych do blaszanych skrzynek
stojących nieopodal biurka.
Fajnie byłoby
na tym skończyć, jednak jest jeszcze coś, co mi leży na wątrobie. Coś, o czym
krzyczy socjologiczna część mojej duszy i karze mi o tym napisać. Dotyczy to
problematyki wspomnianych wcześniej komentarzy i opinii graczy. Przeglądając te
wszystkie głosy rozczarowań wzbudzające poczucie przewidywalności (nie
oszukujmy się i nazywajmy rzeczy po imieniu) zacząłem się zastanawiać… Czy
znajdzie się coś, co byłoby w stanie nas autentycznie zaskoczyć? Wzbudzić żywe
zainteresowanie i zszokować konsolową brać? Te wszystkie przecieki zabiją całą
zabawę i niespodziankę płynącą z ogłaszania czegoś nowego! Dodatkowo odnoszę
wrażenie, że przez te przecieki nasze oczekiwania względem nowych konsol rosną
i rosną, jakbyśmy oczekiwali nie wiadomo jakich rewolucyjnych technologii. To
zaczyna przypominać mi takie błędne koło… Wyjście z niego jest pozornie proste –
zaprzestać czytania kolejnych wiadomości. Tylko, że nie każdy może sobie na to
pozwolić, a w szczególności nie osoba taka jak ja – zbyt bardzo zagłębione w
tym temacie, codziennie wypatrująca nowych wieści o przyszłej generacji konsol,
grach i nowych technologiach. Wniosek? Pretensje, jak zawsze, mogę mieć jedynie
do siebie…